Żegluga

Dlaczego prom "Jan Heweliusz" zatonął? Do dziś przyczyny tej największej powojennej polskiej katastrofy morskiej są nieznane. DZIENNIK dotarł do marynarza, który jest jedną z dziewięciu uratowanych z promu osób.

Choć w trwającym sześć lat procesie przewertowano tysiące stron akt zebranych w kilkudziesięciu tomach, a w wyjaśnienie tragedii zaangażował się Europejski Trybunał Praw Człowieka, nadal nie wiadomo, dlaczego prom poszedł na dno. Wyrok Izby Morskiej z 1999 r. wskazujący na błędy nawigacyjne został unieważniony. W poniedziałek mija 15. rocznica katastrofy. Z 64 osób na pokładzie uratowano tylko dziewięć. Starszy marynarz Leszek Kochanowski jest jedną z nich.

DANIEL WALCZAK: Gdzie pan był, kiedy „Jan Heweliusz” się wywracał?

LESZEK KOCHANOWSKI*: Na najniższych pokładach. Po północy sprawdzaliśmy zamocowanie tirów i wagonów, dostałem polecenie, żeby pójść do przepompowni balastów. To na samym dnie promu. Już wtedy czułem przechył.

I mimo to pan poszedł?

Robiłem swoje. Ja 20 lat na morzu pływałem i wiele widziałem. Na północnym Atlantyku bywało jesienią ciężko.

Co się działo w przepompowni?

Wiatr przechylił prom na prawo. Zalano więc balasty na lewej burcie. Ale po zmianie kursu wiatr zaczął napierać na prawą burtę.

I balast teraz przechylał prom w te samą stronę co wiatr?

Dokładnie. Trzeba było przepompować wodę. W przepompowni zobaczyłem głównego mechanika i wtedy się zaniepokoiłem, bo tam zawsze schodzili tylko marynarze. Niestety, nic się już nie dało zrobić. Pokręteł sterujących zaworami nie dało się ruszyć nawet o jeden obrót. Woda z taką siłą już na nie napierała.

Zrozumiał pan, że nadciąga katastrofa?

Odchodziłem od tych zaworów, gdy zaczęły się przewracać jakieś stelaże. Usłyszałem sygnał opuszczenia statku. Osiem krótkich dzwonków i jeden długi. Najgorszy sygnał dla marynarza. Wtedy zrozumiałem. Zgasło światło. Upadłem.

Jest pan na samym dnie promu, w głębi zakamarków kadłuba, wyje sygnał opuszczenia pokładu...

Powłączały się światła awaryjne. Wymacałem poręcz wzdłuż schodów, była pode mną. Ściana stała się podłogą. Ruszyłem z powrotem, łokciami zapierałem sie o poręcze, żeby nie zjechać w dół.

Jaki to był dystans?

Jedenaście pięter, tyle miałbym do pokonania, gdyby to stało normalnie. Czołgałem się z pół godziny. Po drodze mijałem pokład kolejowy, był pode mną. Widziałem tylko pył i kurz, słyszałem rumor blach. Droga przez mękę. Kiedy dotarłem do poziomu pomieszczeń załogi, ruszyłem na mostek. Tam spotkałem kucharza, trzymał się kurczowo futryny i powtarzał „toniemy, toniemy”. Powiedziałem mu „Kaziu, spieprzaj, ratuj się”. Na mostku zobaczyłem kapitana Ułasiewicza, opanowanego, spokojnego. Podpierał się, żeby zachować równowagę, bo prom prawie leżał na burcie.

Po co pan szedł na ten mostek?

Chciałem powiedzieć, że tych zaworów nie dało się ruszyć. Przez radiotelefon nie udało mi się połączyć z przepompowni.

Potem ruszył pan na zewnątrz?

Jeszcze wróciłem do kabiny, chciałem zabrać specjalny skafander ratunkowy, ocieplający, ale drzwi były teraz w podłodze, kopniakiem musiałem je otwierać. Sięgnąłem tylko po kapok. Przy wyjściu na pokład łodziowy spotkałem kolegę, pomogłem mu się wydostać, bo jego drzwi były na suficie.

Co pan zobaczył na zewnątrz?

Dopiero teraz zrozumiałem, jaka jest pogoda. Wiatr taki, że nie było mowy o staniu. Środek nocy. Czołgaliśmy się do tratw. W ciemnościach w oddali widziałem ludzi na pokładzie, w piżamach. A prom powoli się przechylał coraz bardziej do góry dnem. Do tratwy wsadziliśmy najpierw I mechanika, nieprzytomnego. Potem sami się do niej władowaliśmy, chyba w dziewięć osób. Z pokładu spłynęliśmy wprost na fale.

Byliście bezpieczni.

Skąd! Trzeba było zasznurować włazy, bo tratwa jest jajowata, jakby przykryta namiotem. Zanim to się udało, fale zalały środek, wodę miałem po piersi. Włazu nie zamknęliśmy całkowicie, światło przebijało, słyszałem krzyki.

A "Heweliusza” jeszcze pan widział?

Zobaczyłem czerwony kolor blach – to już wynurzało się dno, prom odwracał się stępką do góry. Zostaliśmy sami. Z początku pocieszaliśmy się nawzajem, że nas uratują, że ląd blisko. Ochmistrz powiedział, żebyśmy się pomodlili. To trwało dwie godziny. Patrzę w lewo - już ktoś nie żyje. Przyszła chwila zwątpienia...

O czym pan myślał?

O kocu. Za koc wszystko bym oddał. Woda miała ze dwa stopnie. Chciałem już spać, żeby nie czuć zimna, żeby nie cierpieć.

Tak właśnie wyglądała śmierć na tratwie?

Człowiek po mału obojętnieje, poddaje się. Wcześniej myślałem, że się walczy, krzyczy, a tu nie... Inaczej zupełnie. Raptem usłyszeliśmy śmigłowce, jeden, drugi. Rozsznurowaliśmy się. Zkobaczyłem jak jeden helikopter opuścił linę. Chcieli kogoś podnieść z tratwy obok, ale wywrócili ją. Ci ludzie tam się podusili, poginęli w męczarniach... Potem się dowiedziałem, że mieli pościerane ręce, jakby chcieli rozerwać gumową ścianę. Stewardessa, steward i oficer pożarowy.

A statek ratunkowy?

Niemiecka "Arcona”. Nie zapomnę tego widoku – snop światła z reflektora w ciemnościach, woda zielono-niebieska, bryzgi, piana, a my się odbijamy od burty raz, drugi. Nasz elektryk próbuje wejść po siatce rozwieszonej na burcie, fala go podbija. Nie miał siły i odpadł. Tak zginął. Usłyszałem hałas śmigłowca i to ostatnie co pamiętam, obudziłem się w klinice. Wie pan, jaką temperaturę miałem, jak mnie tam dowieźli?

Ile?

26 stopni. Uratowali mnie, bo podłączyli do krążenia pozaustrojowego, podgrzewali moją krew na zewnątrz.

Wrócił pan na morze?

Raz. Półroczny rejs na Afrykę Zachodnią. Chciałem się spróbować, ale męczyłem się. Krótko po zatonięciu niemiecka telewizja RTL robiła program o "Heweliuszu”, na bliźniaczym "Koperniku”. I wie pan co? Jak wszedłem na ten prom, poczułem jakbym był na cmentarzu. Rozstałem się z pływaniem. Syn za to pływa, a widział wszystko, jak ludzie rozpaczali, dzieci płakały. Twardziel.

*Leszek Kochanowski, starszy marynarz na promie "Jan Heweliusz”, dziś pracuje na lądzie

Daniel Walczak, Katarzyna Świerczyńska

Dziennik

Komentarze

0 Link do artykułu 11 styczeń 2008 : 18:35 Link do artykułu | Zgłoś
+2 Heweliusz
Wielu ludzionm zależy na tym aby zatuszowac sprawę A dojście do katastrofy, to takie proste!!!
11 styczeń 2008 : 18:35 okrętowiec | Zgłoś
-1 Zawory
Zaworow nie dalo sie odkrecic bo woda na nie napierala? co to za bzdura?
A powodow katastrofy sie nie dowiemy, bo zbyt duzo kasy bylo wylozone by zatuszowac sprawe.
11 styczeń 2008 : 22:14 Maciek | Zgłoś
+3 re: Zawory
dokładnie, zaworów się nie dało otworzyć, bo taki tam był gówniany system balastowy i już dużo wcześniej się zacinały...
13 styczeń 2008 : 00:25 Ja | Zgłoś
0 re: Zawory
Bzdurą to była noc kiedy Twoi rodzice Cię poczęli. Byłeś tam, że taki mądry jesteś?? A ja byłem.
26 styczeń 2009 : 01:25 matros | Zgłoś
+1 brak słów
Wstydu nie mają !!! po tylu latach upokorzeń jakich doznawały rodziny ze strony Euroafrica udawanie, że wszystko jest ok jest niesmaczne ...
12 styczeń 2008 : 02:34 żona marynarza | Zgłoś
0 re: brak słów
Zgadzam sie z Toba calkowicie. A za probe tuszowania calej sprawy przez euroafrice, za beznadziejna i zaklamana prace izby morskiej ktos powinien odpowiedziec przed prawdziwym sadem. Jest dla mnie niezrozumiale jak w 21 wieku mozna w taki sposob traktowac ofiary tragedii... Statek byl niesprawny wiec winny jest armator i KROPKA!!!
12 styczeń 2008 : 12:23 Maciek | Zgłoś
0 re: re: brak słów
tyle jest tuszowania i mataczenia związanego ze śmiercią marynarzy, że nawet Ci co pracują na statkach, a z tym się nie zetknęli to o tym nie wiedzą, a kto potem cierpi ? osierocone dzieci i ich rodziny pozostawione bez środków do życia echh
12 styczeń 2008 : 20:55 żona marynarza | Zgłoś
0 re: brak słów
Zgadzam sie z Toba calkowicie. A za probe tuszowania calej sprawy przez euroafrice, za beznadziejna i zaklamana prace izby morskiej ktos powinien odpowiedziec przed prawdziwym sadem. Jest dla mnie niezrozumiale jak w 21 wieku mozna w taki sposob traktowac ofiary tragedii... Statek byl niesprawny wiec winny jest armator i KROPKA!!!
12 styczeń 2008 : 12:23 Maciek | Zgłoś
0
Pamiętam jak przez mgłę te wydarzenia. Miałam wtedy naście lat. Ostatnio spotkałam nurka, który odwiedził Hewelisza. Postanowiłam nieco poczytać o tej tragedii. Przeczytałam relacje uczetników katastrofy. Mój Boże, ile oni- ocaleni- ci, których morze pochłonęło, wycierpieli. Wspomnienia, opisy są niezmiernie sugestywne. Ciemność, woda, chłód niezmierny, krzyk, walka, wiara, brak sił, coraz mniejsza wiara i...
Byłam tam przez kilka chwil..
R.I.P.
08 grudzień 2009 : 09:29 Akakoti | Zgłoś
0 pamiętam...
Pamiętam jak mój ojciec wszedł do mojego pokoju i powiedział, tomek, Heweliusz zatonął.. miałem wtedy 14 lat i tydzień wczesniej zeszliśmy z tego promu, mój ojciec skończył zmianę... na drugą się już nie załapał. Dalej pływa. Pamiętam ten betonowy deck.
13 styczeń 2010 : 22:29 Tomek | Zgłoś
0 Mariusz
Mariusz Schwebs nie żyje. Nie wiem jak zmarł, ale nie zdziwiłbym się, gdyby zatonięcie Heweliusza miało z jego śmiercią związek. Jest mi smutno. To był bardzo solidny i przyjazny człowiek.
25 maj 2010 : 10:33 Bryfok | Zgłoś
-1 Po co zamknieto zasuwe?
Bo Armator wydał takie polecenie!
Oto fakty:
Strasburg nie oceniał faktów opisanych przez Izby Morskie, ale ustrój Izb i. .przesłuchanie III-go of. przez Sędziego, zamiast oficera dochodzeniowego.
"gorący " opis katastrofy odbiega od opisu PAP.
Izba Morska W Szczecinie przy Sądzie Wojewódzkim w składzie kilku Sędziów zawodowych i kilku ławników kapitanów żeglugi wielkiej ustaliła ,
że prom Jan Heweliusz dnia 13.01.1993 roku :
1.Został wyprowadzony w morze przez .kapitana **** przy złych prognozach pogody, 9 do 10oB
z :
Nieszczelną ,nie wyremontowana furtą rufowa statku
Nie zamocowanymi pojazdami samochodowymi na pokładzie samochodowym.
Załadowanie pojazdów nie gwarantowało zachowania kryteriów stateczności statku ......uszkodzonego
18 październik 2012 : 18:26 Guest | Zgłoś
-1 ps.Pełny opis przyczyny zatopienia promu
tutaj:
http://www.mmszczecin.pl/blog/entry/296460/Dlaczego+zaton%C4%85%C5%82+prom+Jan+Heweliusz.html
18 październik 2012 : 18:28 Guest | Zgłoś

Comments are now closed for this entry