Inne
O jedno miejsce w radach nadzorczych państwowych spółek walczy nawet po dwudziestu kandydatów - są wśród nich nie tylko działacze PO, PiS i SLD. O rządy w portach stara się też rodzina prezydenta Gdańska Pawła Adamowicza (PO)

Rząd PO postanowił odpolitycznić rady nadzorcze spółek z udziałem skarbu państwa, w tym również tych pomorskich. Do rywalizacji o 2 miejsca w radzie gdyńskiej firmy połowowej Dalmor stanęło 41 kandydatów. Wszyscy mają wyższe wykształcenie i zdane egzaminy na członków rad. Resort chce znaleźć następcę m.in. zasiadającego tam piosenkarza Lecha Makowskiego z PiS, który też spełnia formalne wymogi.

Dotarliśmy do listy osób, które zakwalifikowały się do pierwszego etapu. Nie brakuje ekonomistów i prawników, ale także polityków, którzy chcą "odpolityczniać" radę Dalmoru. Znaleźli się tam zarówno politycy z koalicji rządzącej: Donat Paliszewski - kandydował z listy PSL do Sejmu, czy radny wojewódzki PO Lech Żurek, jak i z opozycji: przykładowo gdański radny PiS Mariusz Pankowski i były poseł SLD Andrzej Różański.

W ostatnich latach do rad nadzorczych trafiali głównie członkowie partii akurat rządzącej lub osoby cieszące się jej poparciem. Jak będzie teraz?

- Premier Tusk i minister Grad mają negatywną opinię na temat obecności czynnych polityków w radach nadzorczych, podkreślaliśmy to już przed wyborami - mówi Tadeusz Aziewicz (PO), przewodniczący sejmowej komisji skarbu. - Dlatego nasz radny Żurek nie ma szans. Dobór odbędzie bez politycznych sympatii. Dlatego członkowie SLD i PiS nie są na straconej pozycji, jeśli tylko posiadają odpowiednie kwalifikacje i nie prowadzą aktywnej działalności politycznej.

Różański nie ma jednak złudzeń: - Pewnie jak zawsze zostaną wybrani "sami swoi". Zgłosiłem się do tego konkursu, żeby sprawdzić wiarygodność nowej władzy.

W radach portów gdańskiego i gdyńskiego do obsadzenia są po cztery miejsca, a chętnych ponad 130.

W Porcie Gdańskim chcą też pracować Krzysztof Andruszkiewicz, szef SLD w Gdańsku, były prezydent miasta Tomasz Posadzki (LiD) oraz skarbnik województwa Henryk Halmann (PO).

Z ministerialnych dokumentów wynika, że nadzorowaniem portów zainteresowani są współpracownicy i rodzina prezydenta Gdańska Pawła Adamowicza (PO).

Sam Adamowicz zasiada już w radzie Portu Gdańskiego jako przedstawiciel samorządu. Swoją kandydaturę zgłosili tu: doktor ekonomii Maciej Glamowski - szwagier prezydenta, urzędnik Alan Aleksandrowicz - jeden z podwładnych w urzędzie, Marek Litka - działacz gdańskiej PO kierowanej przez prezydenta.

Aleksandrowicz i Litka chcą też wejść do rady konkurencyjnego Portu Gdynia. Zgłosiła się tam również Magdalena Adamowicz, żona prezydenta Gdańska, która chciałby też dostać się do rady Dalmoru.

- Nie widzę w tym nic nagannego - mówi "Gazecie" Magdalena Adamowicz. - Jestem doktorem prawa, od lat pracuję na Uniwersytecie Gdańskim w katedrze prawa morskiego. Wydaje mi się więc, że mam kwalifikacje, aby zasiadać w radach nadzorczych spółek zajmujących się gospodarką morską. Nigdy nie wystartowałabym do rady gdańskiej spółki podległej miastu, bo wtedy rzeczywiście można by mówić o konflikcie interesów - kontrolowałabym firmę podległą de facto mojemu mężowi. W sytuacji Dalmoru i Portu Gdynia takiego konfliktu nie ma.

- Moja żona wysłała swoją kandydaturę do Ministerstwa Skarbu Państwa na członka rady nadzorczej jeszcze za rządów PiS-u, trudno więc nam zarzucać, że jej start uwarunkowany jest tym, że mąż jest politykiem rządzącej partii - dodaje prezydent Adamowicz. - Poza tym chciałbym zadać publiczne pytanie - czy osoba dobrze wykształcona, kompetentna musi rezygnować ze swoich ambicji zawodowych dlatego, że jest żoną polityka? Czy ta sytuacja musi ją skazywać na rolę "kury domowej"?


Żona prezydenta zgłosiła swoją kandydaturę do rad w odpowiedzi na nabór ogłoszony przez Ministerstwo Skarbu Państwa w dniu 6 grudnia 2007 r., a więc już pod rządami PO.

-  Oczywiście mąż prezydent nie może zamykać żonie drogi do kariery - ocenia sytuację Adamowiczów poseł Aziewicz z PO. - Ważne tu jest jednak, że porty gdański i gdyński konkurują ze sobą. Wydaje mi się, że zabrakło wyczucia na wrażliwość opinii publicznej. Są przecież inne miejsca, gdzie osoby powiązane rodzinnie z prezydentem mogą pracować.

Zasiadanie w radach nadzorczych to dla wielu "łakomy kąsek". Wynagrodzenie członka rady państwowej spółki to średnio 2,6 tys. złotych brutto miesięcznie (ok. 2 tys. na rękę). Dochodzą do tego zwroty kosztów za dojazdy na posiedzenia rady, które zazwyczaj odbywają się raz w miesiącu.

Maciej Sandecki, Krzysztof Katka

Comments are now closed for this entry

1 1 1

Źródło: