Stocznie, Statki

      Podczas studiów, jako praktykant, Jerzy Wojciech Doerffer popłynął w rejs na statku „Poznań". Na rok przed wybuchem wojny zdobył tzw. półdyplom. Uczelnia wysłała go na praktykę do stoczni Swan Hunter Wigham Richardson Ltd w Newcastle w Wielkiej Brytanii. Budowano tam statek pasażerski „Sobieski" dla polskiej kompanii Gdynia-Ameryka Linie Żeglugowe z Gdyni. To był wyjazd, który zaważył na jego późniejszej wiedzy. Przy okazji przećwiczył angielski, co było podstawą u okrętowca, który przecież pracuje na rynku międzynarodowym.
Drugą praktykę w Anglii przyszły naukowiec rozpoczął w sierpniu 1939 r., w stoczni na wyspie Wight, w której wcześniej zbudowano dla naszej Marynarki Wojennej słynny niszczyciel „Błyskawica". Wówczas tamtejsza firma wykonywała siłownie dla budowanych na Oksywiu niszczycieli. 1 września zaskoczył 21-letniego Jerzego Doerffera na Wyspach.

     Studia po angielsku

     W Anglii służył na ORP Błyskawica, ale po kilku miesiącach odkomenderowano go na studia na uniwersytecie w Glasgow. Był obcokrajowcem i postawiono mu wygórowane warunki. Musiał więc pokazać więcej niż studenci angielscy. Jednak poradził sobie, zdał wszystkie egzaminy i przyjęty został na dalsze studia, uzyskując dyplom uczelni. W tym czasie zaliczył kolejną praktykę w stoczni, która budowała m.in. okręty podwodne, desantowe, lotniskowce.

     W Wlk. Brytanii Jerzy Doerffer rozpoczął pracę jako inżynier początkowo na stanowisku asystenta, a potem starszego asystenta kierownika stoczni (starszego budowniczego). Był ceniony, ale mimo to postanowił wrócić do Polski, w której przemysł stoczniowy trzeba było budować od podstaw.
- Gdy wrócił, to w gruncie rzeczy Polska była krajem odizolowanym od całego świata. Żyliśmy, jak to się mówiło, w łagrze. A tu się pojawił angielski dżentelmen, zawsze swobodny, z umiejętnością zażartowania w stosownej chwili - wspomina Andrzej Żarnoch, student profesora, dziś dyrektor ds. kontraktacji statków w Stoczni Szczecińskiej Nowej.

      Kutry ze stali i „Sołdek"

      Na początku 1946 r. Doerffer rozpoczął pracę w Stoczni nr 1 (dziś Gdańskiej) jako kierownik Wydziału Budowy Okrętów. Łatwo mu nie było, bo podpadał pod tych, którzy otarli się o kraj zza żelaznej kurtyny. Dla władzy był obcy klasowo, więc utrudniano mu karierę. Zażądano nawet weryfikacji jego angielskiego dyplomu inżyniera. Nie miał wyboru i ponownie został studentem Politechniki Gdańskiej, na której uzyskał drugi dyplom.

     Inny znany okrętowiec, prof. Eugeniusz Skrzymowski ze Szczecina, pamięta jak w tamtych czasach nasz bohater nosił jesienią kurtkę podszywaną futrem z królików.

     - Wszyscy też chodziliśmy w pantoflach, które nazywały się demokratkami. Były uszyte z czarnego brezentu na gumie. Jerzy Doerffer mnie wówczas zatrudnił przy uruchamianiu 17-metrowych kutrów stalowych, które zresztą były potem budowane w kilku innych stoczniach, m.in. w Szczecińskiej i w Gryfii. Stały się podstawą floty rybackiej - wspomina prof. Skrzymowski.

     Te statki to była inicjatywa Doerffera. Dotychczas takie kutry budowano w Polsce z drewna dębowego. „Budowa tego rodzaju jednostek w owym czasie należała do bezprecedensowych w dziejach polskiego budownictwa okrętowego. Oryginalna i śmiała konstrukcja wymagała specjalnej technologii spawalniczej, ze względu na brak wysoko wykwalifikowanych spawaczy. Dokładność spawania można było osiągnąć jedynie przy spawaniu płaskim. Dlatego też zastosowano budowę kutra w specjalnej obrotnicy stępką do góry" - czytamy w jednym z opracowań. Obrotnica była pomysłem Doerffera. Zbudowano wtedy 85 takich kutrów. W sumie powstało jednak ponad 400 jednostek o różnym przeznaczeniu eksploatacyjnym.

      Przyszła pora na „Sołdka", pierwszy polski statek pełnomorski.

      - Przy wodowaniu tej jednostki byłem jeszcze studentem, który odwiedził Stocznię Gdańską - mówi prof. Skrzymowski. - Projekt statku pochodził ze stoczni Saint Nazaire i został zaadaptowany przez biuro konstrukcyjne przy Zjednoczeniu Przemysłu Okrętowego. Doerffer miał pieczę technologiczną, bo "Sołdki" były niedopracowane technologicznie, a to była pierwsza jednostka spawano-nitowana. Tymczasem na spawaniu mało kto się znał poza profesorem. Brał więc rysunki, rozkładał na stole i robił analizę technologiczną przy udziale moim i jednego z kolegów. A potem grubym czarnym ołówkiem nanosił poprawki i oddawał to do biura konstrukcyjnego.
W ten sposób rodził się „Sołdek" - zwodowany w listopadzie 1948 r. - i polska szkoła budowy okrętów.
Inżynier społecznik

     - Profesor imponował nam już na studiach - mówi A. Żarnoch - bo w siermiężnych czasach był członkiem różnych międzynarodowych towarzystw. W sumie dzieliło nas od niego 20 lat, ale nie była to przepaść. Posiadał cechę, którą często kojarzymy z okresem międzywojennym, że inżynier dużej klasy, to nie tylko funkcja zawodowa, ale i społeczna. Prawdopodobnie uważał, iż jest coś winien społeczeństwu. Był więc bardzo aktywnym człowiekiem, członkiem wielu rozmaitych stowarzyszeń naukowo-technicznych i zawodowych. W organizowane związki studenckie wprowadzał tradycje uniwersyteckiej swobody i bezpośrednich kontaktów ludzi. I profesor, i student z pierwszego roku byli więc formalnie kolegami, i on to manifestacyjnie utrzymywał. Natomiast gdy był dziekanem Wydziału Budowy Okrętów, miał ojcowski stosunek do studentów.

      Jerzy Doerffer to naukowiec innowacyjny, inicjator licznych przedsięwzięć w środowisku okrętowym. Jego zespół posiada 50 patentów, w tym na Ster Doerffera i kapsułę ratowniczą. Nie sposób w kilku zdaniach wyliczyć jego prac naukowych, książek fachowych, podręczników, piastowanych stanowisk. Otrzymał wiele doktoratów honoris causa, m.in. Politechniki Szczecińskiej.

      Przypomnijmy też, iż zorganizował i kierował przez lata Katedrą, a potem Zakładem Technologii Okrętów na Politechnice Gdańskiej. Był też rektorem tej uczelni w trudnym okresie stanu wojennego.

      Jego ostatnim osiągnięciem jest skonsolidowanie środowiska firm stoczniowych w Forum Okrętowe, które założył.

      - Zawsze ceniłem wypowiedzi profesora, bo to, co mówił, było szczere, nie było w tym gry czy cienia koniunkturalizmu. Wypowiadał się dla dobra przemysłu okrętowego - mówi Andrzej Stachura, obecny prezes Forum Okrętowego i Stoczni Szczecińskiej Nowej.

      Profesor Jerzy Doerffer odszedł na zawsze 9 sierpnia 2006 r. . Polskie okrętownictwo poniosło niepowetowaną stratę. Pozostała jednak pamięć o człowieku skromnym i niezmiernie życzliwym.

Autor: (M.Klasa)

Comments are now closed for this entry

Źródło: