Żegluga

Działalność Eugeniusza Kwiatkowskiego ze zrozumiałych względów kojarzymy głównie z budową Gdyni i rozwojem polskiej gospodarki morskiej. Budowniczy Gdyni nie miał klapek na oczach - chciał także, by polskie rzeki stały się ważnymi szlakami żeglugowymi.

Przedwojenny wicepremier kojarzony jest też z budową Centralnego Okręgu Przemysłowego. Jednak mało kto wie, że Eugeniusz Kwiatkowski zabiegał także o ożywienie żeglugi na Wiśle i uruchomienie połączenia wodnego z Morzem Czarnym, poprzez planowany polsko-rumuński kanał San - Dniestr - Prut.

Historie niezrealizowanych kanałów żeglugowych potrafią być równie interesujące, jak losy rzeczywistych inwestycji. A w wielu przypadkach dawne projekty i koncepcje, mimo upływu lat, mogą być całkiem niezłą inspiracją dla współczesnych decydentów. Kanał San - Dniestr jest tego doskonałym przykładem - zwłaszcza, że inwestycja ta już dwukrotnie była bliska realizacji.

Po raz pierwszy projekt ten ujrzał światło dzienne na początku XX wieku, dzięki decyzji władz Austro-Węgier. W 1901 roku habsburski parlament uchwalił dość znaczącą ustawę, ustanawiającą wieloletni program budowy sieci dróg wodnych monarchii. Plan był pomyślany na dwadzieścia lat, a w jego ramach miały powstać między innymi: kanał Odra - Dunaj (do którego obecnie powracają Czesi i Słowacy), Kanał Śląski oraz połączenie Wisła - San - Dniestr - Prut aż do Dunaju i Morza Czarnego. Wszystko to miało być gotowe w 1921 roku, ale jak wiemy, Austro-Węgry do tego czasu nie dotrwały. 

Inwestycję przerwał wybuch I wojny światowej, jednak zdążono wykonać wiele prac przygotowawczych (badania naukowe i prace projektowe), a także nieco prac hydrotechnicznych. To w ramach tej inwestycji uregulowano Wisłę w rejonie Krakowa, dzięki czemu pod Wawelem mamy dziś piękne bulwary wiślane; przystosowano też do żeglugi niewielki fragment Sanu. Po wojnie o projekcie na długi czas zapomniano, ale austriackie (czy raczej galicyjskie) projekty i opracowania cały czas były dostępne w archiwach Politechniki Lwowskiej. I gdy niepodległa Polska nieco już okrzepła, a Gdynia pracowała pełną parą, rząd pod egidą wicepremiera Kwiatkowskiego postanowił odgrzebać dawne plany i powrócić do idei połączenia Wisły z Morzem Czarnym. Na luźnych dywagacjach się nie skończyło: projekty z czasów austriackich były gotowe i wciąż dość aktualne, a kanałem zainteresowała się sąsiednia Rumunia, wówczas jeden z najważniejszych sojuszników Polski.

Pod koniec lat 30. podpisano polsko-rumuńską umowę międzynarodową, w której obie strony podzieliły obowiązki w zakresie budowy kanału. Umowa obejmowała nie tylko sam kanał, ale całą drogę wodną z Bałtyku do Morza Czarnego, od granicy Polski z Wolnym Miastem Gdańsk na Wiśle aż po ujście Prutu do Dunaju. Oprócz sztucznych kanałów (San-Dniestr i Dniestr-Prut) umowa przewidywała także poprawę parametrów nawigacyjnych samej Wisły, a także budowę dużego portu rzecznego w pobliżu Lwowa, nazywanego nieco na wyrost "południowo-wschodnią Gdynią".

Zanim jednak rozpoczęto pierwsze prace ziemne, wybuchła II wojna światowa, która zniweczyła te plany. A w powojennych realiach nie powrócono do projektu - Związek Radziecki nie był tym zainteresowany, nie wolno było nawet za bardzo wspominać publicznie tych "burżuazyjnych, sanacyjnych fanaberii". Sytuacja geopolityczna zmieniła się dopiero po upadku ZSRR i chociaż obecnie kanał San-Dniestr-Prut nie znajduje się na liście projektów przewidzianych do realizacji, to coraz więcej osób związanych z żeglugą postuluje, by przynajmniej się nad tym zastanowić.

Niezależnie jednak od oceny możliwości realizacji tego projektu w dzisiejszych realiach, losy kanału San-Dniestr-Prut zasługują przynajmniej na dobre zbadanie i opisanie pod kątem dokumentacji historycznej.

To ostatni dzwonek, bo żyją jeszcze ostatni ludzie, którzy pamiętają prace nad tym projektem i posiadają jakieś dokumenty z nim związane, ocalone z wojennej zawieruchy. Duża część materiałów źródłowych znajduje się w Bukareszcie, pozostałe można znaleźć w lwowskich (a być może też kiszyniowskich) archiwach. Dziś można jeszcze to wszystko zebrać, udokumentować i opisać. A warto, bo polskie dziedzictwo historyczne to nie tylko wojny i powstania, ale też imponujące projekty inżynieryjne, które mogą być inspiracją dla potomnych.

Jakub Łoginow 

1 1 1 1

Źródło: