Inne

Przechodząc przez pak lodowy - z zamarzającego Morza Rossa na cieplejsze wody Wielkiego Oceanu Południowego - spotkaliśmy sztorm. Postanowiliśmy go przeczekać w środku niżu, schowani za górą, lodową. Okazało się - że w środku niżu nie jest wcale źle. Wiatr nie wieje, sypie delikatny śnieżek. Co prawda strzałka barometru chyba się zepsuła, bo zwisała prawie pionowo w dół pokazując 965 hPa. Dodatkowo gęste chmury zapobiegły ucieczce ciepła.

Co do samej góry: wcale nie była taka ogromna i dlatego trzeba było nieźle się nakręcić kółkiem steru, jak się za daleko od niej odpłynęło. Poznaliśmy jej widok na pamięć, a na morzu na zawsze pozostaną ślady naszego "orania". Kręcenie się w kółko było jedynym rozwiązaniem przy tych wiatrach. Pogoda zmienia się jak w kalejdoskopie. Chwila słońca zza ciężkich, burzowych chmur, po chwili zamieniała się w zamieć śnieżną z porywistym wiatrem. Przez 20 godzin wiało naprawdę sporo (do 70 kt na wiatromierzu /130 km/h). Na szczęście duże góry lodowe są dobrze "zakotwiczone" w wodzie dzięki ogromnej, podwodnej części (około 7/8 jest pod wodą). "Nasza góra" - jak ją nazwaliśmy, przez dobę sztormu, pomimo ciągłego naporu paku lodowego i silnego wiatru, przemieściła się tylko o 3 mile (czyli ok. 200 m/h). Naszym zadaniem było utrzymać się w miejscu, w bezpiecznym cieniu góry odgradzającej nas od silnych podmuchów wiatru i szybko  przesuwającego się tuż obok paku lodowego. Musieliśmy przeczekać sztorm, a to było jedyne w miarę bezpieczne miejsce. W dodatku - na małych obrotach silnika bo przecież musimy oszczędzać paliwo.

Idealnie w takiej sytuacji byłoby stać na środku, tuż za zawietrzną ścianą góry. Bo wiatr zderzając się tak dużą barierą jak "nasza" - rozchodził się na boki. Jednak część podmuchów zawijała do środka tuż za krawędzią przeszkody. W takiej sytuacji, jacht, stojąc centralnie za naturalną osłoną góry lodowej, dostaje się w słabe podmuchy, zarówno z prawej jak i lewej, co pozwala utrzymywać się prawie w miejscu. Dodatkowo "zawinięte" na górnej krawędzi ściany podmuchy, pchają również rufę jachtu. Wtedy trzeba wrzucić na chwilę, bieg wsteczny. Niestety nie wszystko było tak proste. W trakcie naszego sztormowania - kierunek wiatru zmieniał się - najpierw z SW (Pd.-Zach.), przez W (Zach.) i NW (Płn.-Zach.), aż doszedł do kierunku N (Płn.). Każda zmiana kierunku wiatru, (nawet o 10 - 20 stopni) powodowała bardzo powolne obracanie się góry lodowej, za to szybkie wpychanie paku: kry i gruzu lodowego na wolną wodę, a tym samym na jacht. W takich momentach, trzeba było lawirować wśród lodów. Dopiero jak "parking" się przeczyścił, można było wrócić na stare miejsce.

Było trochę gimnastyki, a podczas krótkiej (na szczęście), trzygodzinnej, ale bardzo ciemnej nocy, przybyło trochę nowych, siwych włosów - załodze i kapitanowi. Taka ciut wyższa szkoła manewrowania na silniku. To coś w rodzaju wpływania nocą, w sztormie, do ciasnego portu, w którym nie ma miejsca, a wszystkie keje i pomosty nagle się oderwały i pływają swobodnie niesione wiatrem. Dodatkowo przez warstwy kapturów nie słychać obrotów silnika, a do tego śnieg zasypywał gogle i raczej niewiele było widać.

No, ale w końcu "po nocy przyszedł dzień, a po burzy spokój". A kiedy już się wydmuchało, opuściliśmy bezpieczną przystań "Przy lodowej Górze" i po ok. 10 godzinach dotarliśmy do wolnego od lodu Oceanu Południowego. Stawiamy żagle i naprzód. Zaczęła się prawdziwa jazda. Żegnaj Morze Rossa, zamarzaj bez nas... Pozdrawiamy z oceanicznej Selmy

Tomek Łopata & team - podał Bohdan Sienkiewicz 

Selmagóra lodowagóra lodowa